list

List, który zadał cios prosto w serce….

Ponad rok dojrzewałam do tego, aby o tym napisać. Tego dnia życie podcięło mi skrzydła. Los zadał cios poniżej pasa. W ułamku sekundy umarłam. Ten list sprawił, że moje uczucia, emocje przekroczyły granice normalności. Wiem, że siłę człowieka mierzy się ilością nieszczęść, ale tego dnia poczułam jak powietrze ze mnie uleciało. Poczułam niesamowitą bezradność.
Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Był piękny, lipcowy poranek.

M. jest wcześniakiem urodzonym w 35 tc. Mimo to nawet najczarniejszy scenariusz nie przewidział tego, że taki list otrzymamy. Ale stało się… po 3 tyg. od wykonania badań list trafił w moje ręce. Drżącą ręką podpisałam jego odbiór u listonosza. Już w pierwszym ułamku sekundy czułam że nie udźwignę jego treści. List otworzył mąż, bo ja nie byłam w stanie. Informacja była krótka: „Prosimy o ponowne wykonanie badań, gdyż nie możemy wykluczyć jednej z chorób wrodzonych”. Zanim usłyszałam ostatnie słowa, miałam już swój czarny scenariusz w głowie. Myśli błąkały się bez celu a pytanie: Dlaczego nas to spotyka pozostawało bez odpowiedzi… W jednej chwili z najszczęśliwszej osoby na świecie stałam  się kłębkiem nerwów, z sercem rozdartym na pół.

Tuż po narodzinach, jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu, niemowlę poddawane jest bezpłatnym i obowiązkowym badaniom przesiewowym. Mają one na celu zdiagnozowanie chorób wrodzonych. Ich wykrycie nie jest możliwe podczas standardowego badania lekarskiego. Profilaktyka w tej kwestii jest o tyle ważna, gdyż wczesne wykrycie schorzenia może zahamować jego rozwój lub pozwolić na wyleczenie. Wynik badania jest po około 3 tygodniach od jego wykonania. Każda mama liczy na brak informacji zwrotnej z laboratorium, gdyż oznacza ona, że wszystko jest w porządku.

Jak wygląda badanie?

Niestety do nas informacja zwrotna wróciła jak bumerang, w jednym ułamku przewracając życie do góry nogami. Natychmiast udaliśmy się do najbliższej przychodni. Z racji tego, że do listu została dołączona bibuła – pielęgniarka w przychodni pobrała na nią nową próbkę. Badanie polegało na pobraniu krwi z paluszków u nożek, tak by wypełnić krwią przynajmniej 4 kółka na bibułce. My wypełniliśmy 6 (wszystkie), by zapobiec powtarzaniu badań. Badanie trwało około pół godziny. Następnie przez 2 godziny należało osuszyć bibułkę w temperaturze pokojowej i odesłać do Instytutu Matki i Dziecka. Tak też zrobiliśmy. Na wynik badania należało ponownie czekać około 3 tyg. Ta perspektywa mnie przerażała. Znalazłam nr telefonu (w treści listu) i zadzwoniłam. Podając nr pierwszej bibułki dowiedziałam się jakie schorzenie jest podejrzewane i że w 99% wynik jest skutkiem wcześniactwa i wynik nie jest wiarygodny. Kamień spadł mi z serca. Ten telefon uspokoił mnie na kolejne dni. Ponownej odpowiedzi z Instytutu nie otrzymaliśmy, więc był to fałszywy alarm. Ale tego co przeżyliśmy razem z mężem otrzymując ten list nie da się opowiedzieć. Wiem jedno, „prawdziwy ból poznaje ten, komu los zadaje ranę tak głęboką, że w porównaniu z nią wszystkie wcześniejsze wydają się jedynie zadrapaniami”.