DSCN4141

Dlaczego nie chodzę na zakupy z dzieckiem?

„Jeśli istnieje jakaś forma aktywności, która wysysa z faceta wszystkie siły życiowe, to bez wątpienia są to zakupy”.

Jeśli istnieje jakaś forma aktywności, która wysysa z kobiety wszystkie siły życiowe, to bez wątpienia są to zakupy z facetem i dzieckiem u boku.

Widząc zdjęcia uśmiechniętych bobasków, wyglądających nieśmiało z wózeczka, zaparkowanego miedzy sklepowymi półkami robię się zwyczajnie zazdrosna. Oczywiste jest, że czas spędzony ze swoją latoroślą to ten najpiękniejszy, najowocniejszy, najszczęśliwszy. Jednak można go popsuć: na przykład idąc na wspólne zakupy. Pewnie za kilka lat diametralnie zmienię zdanie, ale na chwilę obecną NIE LUBIĘ ZAKUPÓW Z DZIECKIEM.

Zakupy z dzieckiem to niełatwe zadanie strategiczno-organizacyjne, które bez odpowiedniego podejścia nie ma szans na właściwą realizację. Nie ukrywam, że na wspólne zakupy rodzinne wybieramy się tylko w awaryjnej sytuacji. Nie lubię pląsania między sklepowymi regałami ze średnio zadowolonym z tego faktu maleństwa, wiedząc że nie sprawia mu to radości. Dziecko jest tylko (albo aż) dzieckiem i ma prawo do afiszowania swojego niezadowolenia z zaistniałej sytuacji.

Ktoś kiedyś powiedział, że zna mężczyznę, który z przyjemnością chodzi na zakupy. Ja też znam, nawet kilku. Ale żadnym z nich nie jest mój mąż. Zakupy robione z niemowlęciem i mężem u boku to istny wyścig z czasem. A dla mnie zakupy to nie zrywanie plastra czy wyciąganie żądła.  Potrzebuję czasu, by wybrać jeden z 20 kolorów skarpetek albo 40 różnych makaronów. Przy wiszącym na nodze, marudzącym maluchu nie jest to łatwe.  Zakupy w supermarkecie, zazwyczaj robimy z mężem oddzielnie i dość często. Wtedy zapełnianie koszyka dokonuje się sprawnie i szybko, obowiązkowo z listą zakupów w dłoni. Jednak, gdy już musimy wyskoczyć do centrum handlowego na zakupy w dziale: Ubrania zaczyna się armagedon. Matka spragniona nowej szmatki, ojciec, wychodzący z założenia że nowe ubranie samo wskoczy do koszyka i dziecko, które zaczyna nagle potrzebować wszystkiego wkoło. Facet na zakupach to zło konieczne. O ile w sklepie na mięsnym, czy w pieczywie, radzi sobie całkiem dobrze to w drogerii lub odzieżowym dostaje przyćmienia. Wiadomo, chłop to mechanizm zadaniowy. Ma jasno określony cel i do niego dąży. Denerwuje go tłum, przeszukiwanie kolejnych stoisk, nie rozumie, czemu nie kupuje tej sukienki tylko szukam następnej. Czasami mam wrażenie, że ma inne pole widzenia niż ja: węższe i uboższe. Słowa: „Kup co uważasz” lub „Też może być” działają na mnie jak płachta na byka. Ale żeby nie było: też mam swoje za skórą. Z racji tego, ze jestem mistrzynią niezdecydowania i zdarza się, że sama nie wiem czego chce, zakupy bywają wyprawą w nieznane. Lubię spokojnie, wieszak po wieszaczku, ubranko po ubranku przesortować asortyment sklepu, by w pełni cieszyć się dokonanym wyborem. Nie lubię bylejakości i drogi na skróty.

Dlaczego nie chodzę z dzieckiem na zakupy? Nie, nie dlatego że robi sceny czy tarza się po podłodze, bo mu czegoś nie kupię. Jest jeszcze na to za małe. Powód jest inny… Nie widzę w tym żadnej korzyści dla niego. Zakupy dla kilkunastomiesięczniaka to abstrakcja, która nie jest mu do niczego potrzebna. Co ze wspólnych zakupów może wynieść dziecko? Starsze na pewno wyniesie kilka nowych zabawek i garść słodyczy, które uśmiechają się do niego zza lady sklepowej. A młodsze? Troszkę stresu, rozgoryczenie, brak snu na czas a no może i pełną pieluszkę. W sieci, aż huczy od poradników z serii: Co zrobić, by zakupy z dzieckiem były udane? Odpowiedź sama ciśnie się na usta: zostawić je w domu. Jeśli mamy taką możliwość, a dziecko nie jest nam niezbędne podczas spaceru długodystansowego po galerii handlowej odpuśćmy sobie jego towarzystwo.